czwartek, 29 stycznia 2015

Ciąża - radość czy smutek ? Matka samotnie wychowująca ?




 
Strasznie dawno mnie nie było, ale za dużo się dzieje, mam problemy, nie jest łatwo.. Do tego malutka troszke daje popalić, ale co ja bym bez niej zrobiła ? Bez mojego serduszka kochanego ? 22 stycznia skończyła pół roczku. I teraz moje pytanie. Kiedy ten czas zleciał ? Dopiero latałam z brzuszkiem.. Co tam z brzuszkiem, pamiętaj jak wczoraj, kiedy zrobiłam pierwszy test a tu DWIE KRESKI ! Mimo, że się tego z M. spodziewaliśmy, to i tak przeżyłam mega szok, tak myślę, że bardziej pozytywny. 
Może opowiem od początku jak to wszystko przebiegło. :) 

Nie wiem jak ja to zrobiłam, ale jeszcze nie było terminu okresu, a ja już czułam, że mogę być w ciąży. Ok, spóźnia się dzień, dwa, trzy, no ale ileż można czekać, po 7 dniach spóźnienia, wyszliśmy z M. na spacer, mówię idziemy do apteki, wiedział, że po test. Poszliśmy do B. u niej go zrobiłam, POZYTYWNY. Szok i co teraz ? Zadałam jemu takie pytanie, a on spokojnie odpowiedział "no co, będziemy mieli dziecko". Na następny dzień nie wytrzymałam, w szkole zrobiłam kolejny test i co na nim ? Znowu dwie czerwone kreseczki. Wychodzę z łazienki, mówię do przyjaciółki "będziesz ciocią, cieszysz się" a ta stoi i się na mnie patrzy jakby ducha zobaczyła. :D 
Później poszłam do lekarza, pyta czy do szpitala przyjde na usg czy prywatnie, mówię, że do szpitala, wypisał mi skierowanie. Dowiedziałam się, że to trzeba się położyć do szpitala. Zachodz do domu, mówię do mamy, że idę do szpitala, pyta co mi, pokazuje jej skierowanie , a jej reakcja bezcenna "O dziecko". 
Okej, poszłam na usg, potwierdziło się, ciąża 5/6 tydzień, cieszyłam się, od początku głaskałam brzuszek. 
Na następnym usg nie było już tak fajnie, M. ze mną nie wchodził, jak wyszłam z gabinetu wyglądałam jak trup, cała blada, przestraszona, zapytał co się stało, a ja byłam tylko w stanie wydusić z siebie "BLIŹNIAKI
Wyczekiwałam tylko kolejnego usg, na szczęście wyszło jedno jajeczko, drugie się wchłonęło, uff, ulga.. 

Do lutego wszystko było dobrze, aż zaczęło się sypać.. 
M. w styczniu stracił prace, od kwietnia mieszkaliśmy u mnie, praktycznie byliśmy na utrzymaniu moich rodziców. W lutym rozstaliśmy się na kilka dni, pojechał do domu.. 14 lutego wrócił.. Nie układało się między nami dobrze, ciągłe kłótnie o to, że nie ma pracy, że na niczym jemu nie zależy, niczym się nie przejmuje, nie martwi się, że dziecko w drodze. Żył jak roślinka.. 
Mimo wszystko planowaliśmy ślub, dla malutkiej chcieliśmy to zrobić, termin był ustalony na czerwiec, tylko cywilny, bo wyglądałam jak szafa trzydrzwiowa.. 
Ale wszystko prysło w ciągu jednego dnia. Do kwietnia nie miał roboty, moi rodzic go utrzymywali, faceta 24 lata.. Powiedziałam DOŚĆ! Że niech weźmie od mamy na swoje utrzymanie skoro nie chce iść do roboty.. 
Tego samego dnia się rozstaliśmy. Byłam w 6 miesiącu ciąży. Na początku była mowa o powrocie, ale później kontakt z jego strony się urwał. 
Nie mogłam uwierzyć, że mnie zostawił, a właściwie, to NAS! Nic się nie odzywał, nie interesowało go jak się czuję, czy z małą wszystko dobrze.. Popadłam przez niego w depresję.. Nie jadłam, nie spałam, płakałam non stop i teraz widzę lawinę hejtów i myśli, o jaka zła matka.. paliłam papierosy.. 
Tak było, aż do 22 lipca, kiedy na świat przyszła moja mała księżniczka ZUZIA ! 
Poród był długo i ciężki, jestem po operacji kręgosłupa , byłam naszykowana na cesarkę, a tu słyszę na porodówce, że rodzę sama.. Mimo wielkich starań, nie dałam rady urodzić sama, poród był Vacum, miałam za krótką pępowinę żeby malutka sama wyszła. Byłą zdrowiutka, ważyła 3260. 

Mama M. pracuje na ginekologii i dziwnym zbiegiem okoliczności miała wolne przez ten czas co leżałam w szpitalu. 
Nikt z jego rodziny, ani on sam nie dowiadywali się co z Zuzią, czy zdrowa. 
Po wyjściu ze szpitala gdy zostawałam chociaż na chwilkę sama z Zuzią, płakałam, płakałam z bezsilności, bezradności, że nie takiego życia chciałam dla swojego dziecka, nie tak sobie to wyobrażałam.
Przełom nastąpił na początku grudnia, zaniosłam dla jego mamy do szpitala zaproszenia na chrzciny, poszłam z Zuzią, od razu wzięła ją na ręce, całowała, przytulała, łzy jej poleciały.. 
Przyszli na chrzciny, M. zapewniał, że będzie odwiedzał, odwiedził po chrzcinach 2 razy i na tym się skończyło.. 
Od 3 miesięcy jestem w związku z A. a M. dał mi warunek, że jeżeli z nim zerwę, to będzie widywał małą.. 
I to jest ojciec ?! Jakim prawem stawia warunki.. Że niby jemu na niej zależy ? 
Chwilami naprawdę brak mi na to wszystko siły, ale jak zobaczę jej słodki uśmiech, usłyszę śmiech, to momentalnie nabieram siły do walki. 

Są tu jeszcze jakieś samotne mamy ? Jak sobie radzicie z wychowaniem ? 






I jak tu jej nie kochać ! <3 :*